Dzień 3 - Walka o Kasprowy Wierch

Cześć!

Niestety nie udało mi się, na bieżąco pisać postów i wstawiać zdjęć tak, jak Wam obiecałam. 
Od 3 dnia urlopu byłam praktycznie bez internetu. Mam nadzieję, że to zrozumiecie.
Jednak nie mam zamiaru zostawiać Was bez niczego. Właśnie wróciłam do domu i nadrabiam zaległości!

Miłego czytania :)

Dzień 3
Walka o Kasprowy Wierch

Ten dzień będzie fantastyczny! Wstałam wczesnym rankiem, pełna sił, a energia o mało mnie nie rozniosła. Z racji mojej beznadziejnej kondycji, pomyślałam sobie, że może pora wejść na Kasprowy Wierch, a nie tylko z niego schodzić? Trasa nie jest szczególnie trudna. Jest za to bardzo atrakcyjna, jeśli chodzi o widoki.
Robimy z Mateuszem szybkie zakupy, żeby nie zabrakło nam prowiantu na wędrówkę i pospiesznie ruszamy do busa, który zawozi nas do Kuźnic.
Przed wejściem na szlak zastanawiamy się, którą trasą będziemy wchodzić. Pada na żółty szlak prowadzący przez dolinę Jaworzynki. Jestem w wybornym nastroju. Zakładamy nasze przeładowane plecaki i w drogę!
Pogoda nas rozpieszcza. Już koło godz. 10:30 było co najmniej ze 25-30 stopni w słońcu. Idziemy, idziemy i co jakiś czas przystajemy, żeby porobić zdjęcia, napić się i podziwiać piękno natury.
I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że na pewnych odcinkach szlaku nie dało się przejść..
Tłum, jak w centrum miasta, w godzinach szczytu. Jestem tak zszokowana, ponieważ byłam już kilka razy w Tatrach, w sezonie i nigdy nie widziałam czegoś takiego.
Tak wiem. To poniekąd nasza wina, bo to jeden z popularniejszych i chętniej odwiedzanych tatrzańskich szczytów. Fajne w tym wszystkim jest to, że ludzie chętniej decydują się na wypad w góry, a nie wybierają siedzenie na kanapie przed telewizorem.
I tak powoli mija nam dzień. Kiedy docieramy do Przełęczy między Kopami, dostrzegamy helikopter TOPR'u. Coś się wydarzyło? Czy to tylko ćwiczenia? Ciekawe..
Dreptamy sobie bardzo powoli i po kilku dłuższych chwilach, dochodzimy do Hali Gąsienicowej. Muszę przyznać, że od tej strony jest jeszcze piękniejsza. Znajduje się tam jednak wyjątkowa góra, która już od dobrych kilku miesięcy, jest obiektem moich westchnień i marzeń. To nasz polski Matterhorn, czyli Kościelec. Zachwycam się nim tak bardzo, że przestaję patrzeć pod nogi, co skutkuje ciągłym potykaniem się. Trudno! Korzystam z każdej sekundy, żeby móc zapamiętać go  najlepiej, jak się da. Może już w przyszłym roku, będzie mi dane na niego wejść..Kto wie :) Ale na początek praca nad kondycją! To moje zadanie domowe, przed kolejnym urlopem w ukochanych górach. 
Nie wiedzieć kiedy, minęło nam kilka godzin, zanim zdobyliśmy szczyt Kasprowego. Serio. W pewnym momencie upał i zmęczenie, tak bardzo zaczęły nam doskwierać, że wlekliśmy się na górę prawie na kolanach. 
Chyba po raz kolejny góry dały mi lekcję pokory. Nie powinno się lekceważyć żadnego szczytu. Nawet względnie łatwego do zdobycia. Natura potrafi brutalnie pokazać nam, gdzie nasze miejsce.
Oczywiście dotarliśmy na wierzchołek, po naprawdę długiej i trudnej wędrówce. Nawet nie wiecie, jaka była nasza radość. Banany na buzi, mówią same za siebie.  Stoimy i napawamy się widokami potężnych szczytów, wznoszących się przed nami. Powoli robią się złociste, gdyż zachodzi słońce. Żwawym krokiem ruszamy na stołówkę, aby napełnić nasze brzuchy. Nakładamy sobie pokaźne porcje, za równie pokaźną kwotę.W końcu zjedzenie konkretnego obiadu, z widokiem na gór, to nie byle co. Wszystko smakuje rewelacyjnie na 1987 m.n.p.m. ;)
Niestety, nie możemy długo zabawić na Kasprowym, gdyż powoli zachodzi słonce, a czeka na jeszcze zejście zielonym szlakiem, przez Myślenickie Turnie. A to +/- 2,5 godziny.. 
Schodząc nie mogę się powstrzymać i robię mnóstwo zdjęć. Takich gór jeszcze nie widziałam.
Mistyczne, pięknie podświetlane przez słonce, tworzą jaśniejsze i ciemniejsze kształty na horyzoncie.
Jestem oczarowana..i nie mogę wyjść z zachwytu. Tak bardzo, że tracę poczucie czasu.
Robi się co raz ciemniej i powoli wzbiera we mnie panika, że zastanie nas na szlaku ciemna noc. 
Że zjedzą nas niedźwiedzie i takie tam. Bez śmieszków proszę!
Niestety tak się staje, kiedy jesteśmy przy pierwszej stacji kolejki linowej. Na szczęście niedźwiedzi ani śladu. Uff. (Nie róbcie tego. Chodzenie po zmroku jest bardzo niebezpieczne dla nas i dla zwierząt. Więcej na ten temat możecie przeczytać tu: Nie wędruj po zmroku)
Mateusz dodaje mi otuchy i mocno ściska za rękę.  To mi pomaga i dosłownie w biegu z włączonymi latarkami schodzimy bezpiecznie do Kuźnic.
Udaje nam się jeszcze złapać taksówkę i szybko wrócić do kwatery.
Jesteśmy tak zmęczeni, że nawet nie mamy siły myśleć o kolejnym dniu. 
Ale gdy kładę się do łóżka po całym dniu,to  czuję wielką satysfakcję i szczęście. Zmęczenie przemienia się stan błogości. 
Teraz chcę tylko znów przenieść się na szlak, nawet we śnie..



























Komentarze

Popularne posty